Rozdział I: Tak jakby... ucieczka ?
*Perspektywa Melody*
Czekałam na metalowej ławce przy przystanku. Nie było zbyt wygodnie, ale zapewne lepsze to niż czekanie na moich "wspaniałych i punktualnych" przyjaciół przez godzinę. Rudy łudził się, że złapie dzikiego kota i zabierze nam go do domu, ale jak na razie jedyne, co osiągnął, to adrenalina, gdy prawie przejechał go samochód... Zaczęłam obserwować otoczenie, bo i tak nie miałam nic ciekawszego do roboty. Typowy jesienny krajobraz. Nie przepadałam za tą porą roku. Tak bardzo chciałabym, aby lato trwało cały rok... No ale cóż, nie mamy lipca, lecz wrzesień. Obok ulicy, na której Mike ganiał nieszczęsne koty ciągnęła się wąska dróżka. Wzdłuż niej rosły wysokie bezlistne drzewa. Na nich co chwila siadały rozćwierkane wróble, które liczyły na jakiś pokarm. Na szarym niebie przybywały coraz to ciemniejsze chmury. "Jeśli się rozpada, to niech się nie zdziwią, że ich trupy spoczywać będą na tym chodniku !"-myśl przeleciała mi przez głowę.
Czekaliśmy jeszcze dobre 15 minut, zanim usłyszałam znajomy głos Megan.
Meg:Hej!Przepraszam, że musieliście tak długo czekać!
Mel:Wyjaśnienie ?
Blondynka troszkę się zdziwiła i spojrzała się na mnie pytającym wzrokiem. Westchnęłam. Blondynka to w końcu blondynka...
Mel:Co wam tyle zajęło ?
Meg:Musieliśmy się przygotować. To Jack kazał!- powiedziała i spojrzała się na brata śmiejącym wzrokiem.
Jack:Zacznijmy od tego, że to ty spanikowałaś, bo uznałaś to za ucieczkę z domu i wariowałaś, co wziąć najpotrzebniejszego. Ja ci tylko doradziłem...
Meg:Emmm... Pomińmy ten temat... W każdym razie musieliśmy długo czekać na Rinę.
Rina:No przecież już przepraszałam!-Brunetka starała się zrobić obrażoną minę, ale zbytnio jej nie wychodziło-Co ja poradzę, że mamie zachciało się odwiedzić babcię ?
Ben:Nie wiem... Może powiedzieć, że nie chcesz jechać ?
Rina:Ale babcia jest chora.. i w ogóle...
Ben:No dobra, niech ci bę...
W tym momencie usłyszeliśmy wrzask jakiegoś kota (oj, jak ja mu współczuję !) oraz głośny krzyk.
Mike:ZŁAPAŁEM!!!
Od razu się odwróciliśmy. Ujrzeliśmy uśmiechniętego Mike'a trzymającego jakiegoś kota. Nie wiedziałam w tym momencie, czy się śmiać, czy też płakać.
Mel:Proszę cię, puść tego nieszczęsnego kota. Co on ci zrobił ?-powiedziałam cicho powstrzymując się od śmiechu.
Mike: Ale czemu ? Polowałem na niego od kilkunastu minut, nie mogę go teraz zostawić !- odrzekł Mike z miną jakiegoś zdobywcy- To zwierzę jest jak trofeum.
Resztkami wytrzymałości powstrzymywałam się od wybuchnięcia śmiechem.
Rina:Ej ! Czy ten kot ma odgryzione ucho ?!- krzyknęła Rina i odskoczyła w tył.
Jack:A czy on tak przypadkiem nie ma obroży na szyi ?
Wszyscy w tym momencie spojrzeli się na jego obrożę. Czy naprawdę nikt jej wcześniej nie zauważył ? Roześmiałam się, mało nie upadając na ziemię, ale Jack mnie w porę złapał. Po mnie zaczął śmiać się Jack i jednak spadliśmy na ziemię (w sumie ja spadłam na ziemię, bo na mnie spadł Jack, jeszcze się za to odpłacę !), następnie Ben, a potem już wszyscy oprócz zdezorientowanego i rozczarowanego Mike'a leżeli na ziemi. Zorientowaliśmy się, że zaraz może się rozpadać, więc w mig wstaliśmy i poszliśmy w stronę naszego ukochanego miejsca- Freddy Fazbear's Pizza.
Spojrzałam na zegarek. Była godzina 19:45. Dobrze się składało, gdyż nie będziemy długo czekać, aż ochrona odejdzie. Zamierzaliśmy uciec z naszych domów na kilka dni. Może w końcu zorientują się, że powinni dbać o dzieci ? I tak w to wątpiłam. Bo co mogli uświadomić sobie 2 pijacy ? No właśnie. Weszliśmy do pizzerii. Była już godzina 19:50. Mieliśmy 10 minut na ukrycie się. Nie mogłam się już doczekać. Dla mnie ta pizzeria była najwspanialszym miejscem na ziemi. Od dzieciństwa kochałam tu przebywać. A teraz spędzę tu noc ! I odwiedzę każdy zakamarek ! Kiedy Megan prowadziła nas do pokoju, do którego rzadko wchodziła służba- pokoju z częściami zapasowymi- czułam, że to będzie najlepszy dzień w moim życiu. 10 lipca 1987 r. ! To mój szczęśliwy dzień ! Z tą myślą wchodziłam do ciemnego pokoju...
*perspektywa Megan*
Miałam plan pizzerii w małym paluszku, toteż zaprowadziłam naszą ekipę do pokoju z częściami zapasowymi. Weszliśmy do ciemnego pokoju.
Ben:Nie ma tu jakiegoś wącznika światła ?
Meg:Nie. Ale mam latarkę.
Mówiąc to wyciągnęłam moją czerwoną latarkę z plecaka i od razu ją zapaliłam.
Meg:Zacznę od najlepszego. Są tu stare animatroniki, które jak nazwa pomieszczenia mówi- służą do części zapasowych. Za mną !
Poprowadziłam ich do pierwszego animatronika. Był nim brązowy misiek z czarnym kapeuszem i muszką. W ręku dzierżył mikrofon.
Meg:Przedstawiam wam głównego piosenkarza, oto Freddy Fazbear !-rzekłam z entuzjazmem.
Jack:Ale zajeczepisty !-wypaplał podekscytowany Jack i zaczął go badać rękoma.
Mój brat zawsze interesował się elektroniką. Taki animatronik z pewnością go zainteresował.
Meg:Uważaj, żeby cię nie ugryzł!-dodałam. Na tę uwagę Jack natychmiast cofnął rękę. Zaśmiałam się.-Spokojnie, nie działa !
Jack:Jak zawał dostanę i umrę, to nic nie dostaniesz, w testamencie będzie prośba o włożenie pieniędzy do grobu!
Mel:A wszystko inne zabiorę ja!-rzekła to jakby z jakimś triumfem.
Jack:A możesz wziąć.-mrugnął do niej porozumiewawczo.
Meg:Oj nie romansujcie mi tutaj!-krzyknęłam ze śmiechem.
Mel:C-co?!-wydusiła zdziwiona i zawstydzona.
Meg:Żartowałam.-powiedziałam mimo woli, choć miałam ochotę pociągnąć trochę ten temat.
Poszliśmy dalej.
Meg:Teraz chcę pokazać naszego gitarzystę, Bonny'ego!
Rina się mnie złapała. Wiem, że nie przepadała za robotami. Animatroniki również nie były jej ulubionym widokiem. No chyba, że te Toy'e, które codziennie widujemy. Przed nami siedział fioletowy królik bez górnej części głowy oraz jednej ręki. Przyśpieszyłam kroku, aby nie straszyć Riny i doszliśmy do kolejnego animatrona.
Meg:A teraz ta od babeczek! Powitajcie Chicę!
Ben:Ty chcesz mi wmówić, że to ta sama, co...
Meg:Tak, to jej starsza wersja.
Widzieliśmy żółtego kurczaka z rozwartym dziobem i zagłębionymi oczami. Rina ponownie ścisnęła moje ramię. Odebrałam to jako znak, aby podążyć do już ostatniej niespodzianki.
Meg:Pamiętacie to metalowe coś z białą głową ? Trudno to nazwać lisem. Ale teraz przedstawiam wam inną wersję. Oto lis pirat- Foxy.
Foxy w przeciwieństwie do wersji Toy nie był biały, lecz czerwony. Miał zakrzywiony hak oraz opaskę na jednym oku.
Ben:No, niezły jest.
Mel:One są... śliczne...
Meg:Bonnie też ?-zachichotałam.
Mel:Też...
Rina:Ej, słyszeliście to ?
Faktycznie, było coś słychać. Odwróciliśmy się. Za nami był Bonnie. W tej samej pozycji, co wcześniej... Ale zaraz... Czy mu się świeci coś na czerwono ? Hej ! Tego nie było !
Meg:To.. chyba oko mu się świeci ! Wiejemy !!!
Biegliśmy na czuja. Tymbardziej, że prowadził Jack. Był najszybszy, ale miał takie wyczucie terenu, że można jedynie siąść i płakać. Nie myliłam się. Dotarliśmy do najgorszego miejsca, w jakim mogliśmy się teraz pojawić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz